Z dziennika podróży: Indie

Na końcu świata naprawdę jest inaczej. Słońce wcale nie świeci tak mocno, ale za to powietrze można kroić nożem. Marzenia się spełniają. Paradoksalnie w zatłoczonym i pełnym kurzu mieście czuję się wspaniale. W końcu udało się to, o czym marzyłam od wielu lat. Jestem tutaj i każdego dnia mogę chłonąć setki informacji, które wręcz bombardują.

Tak, to prawda, krowy spokojnie chadzają tutaj ulicami. I to prawda, że nikt nie zwraca uwagi, że jedzie pod prąd, a zamiast kierunkowskazu używa ręki. I że ma złożone lusterka, bo zaraz będzie dokonywał takich akrobacji, że lepiej lusterka schować.

Indie. Dla mnie nadal nazwa magiczna. Nadal nie wierzę, że już tutaj jestem. Wciąż łapię się na tym, że chodzę, zwiedzam, oglądam, rozmawiam, ale z drugiej strony nie jestem do końca świadoma, że to właśnie moje upragnione Indie. Cały czas zdaje mi się, jakbym była za jakąś szybą, a to wszystko, co właśnie przeżywam to tylko cudowne przedstawienie, nie realny świat. Nie wiem, dlaczego tak jest. Boję się tylko, że kiedy wrócę, nagle zdam sobie sprawę z tego, że przeżyłam coś nie do końca, tak jakbym chciała. Że powinnam bardziej się zachwycić, ładniej się uśmiechnąć na zdjęciu i mniej narzekać na monsun. Ale z drugiej strony: czy nie powinno się żyć chwilą? Nie mogę też aż tak idealizować tego kraju, mogę czasem narzekać na monsun i być zmęczona 45 stopniowym upałem.
To, co przeżywamy, automatycznie zamienia się w wspomnienia. Jestem tutaj trochę ponad dwa tygodnie, a wspomnień mam już cały worek. Staram się pisać do rodziny maile, żeby jakoś zachować wszystko, co tutaj się przydarza. Bo każdy dzień jest przygodą, każdy dzień jest inny. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie z minuty na minutę.

Ciekawi mnie tutejsze podejście ludzi do czasu. Nie istnieją dla nich minuty, godziny ostatecznie mogą zaakceptować, ale to i tak tylko ramy, w które i tak nie chcą się wpasować. W naszych zachodnich głowach nie do pomyślenia jest, żeby przyjść na spotkanie 2 godziny później i nawet się tym nie przejąć. I po drugie, nikt nie czekałby na nikogo 2 godziny. A tutaj oczekujący spokojnie siedzi i popija herbatkę, oczekiwany natomiast w najlepszym wypadku załatwia jakieś inne sprawy, ale zazwyczaj też sobie siedzi gdzieś i popija herbatkę nie przejmując się zupełnie terminem spotkania.

Cisza. Pojęcie tutaj nieznane, wszystko i wszyscy cały czas są w ruchu. Przez pierwsze dni trudno zasypiać w takim gwarze, jednak po jakimś czasie można się przyzwyczaić. Czego będzie mi brakować w Polsce? Przede wszystkim ludzi, atmosfery, ogromnych pokładów życzliwości. Ale też prozaicznych i codziennych czynności, takich jak rozmowa na tarasie i wspólne jedzenie mango. Jednak nie warto teraz myśleć o powrocie. Czas cieszyć się każdą chwilą, bo przecież nic nie trwa wiecznie. A Indie mają mi jeszcze wiele do zaoferowania:

Joanna Bochyńska

 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.