Czy warto się uczyć?

Orłem ani tym bardziej kujonem nie byłem. W szkole podstawowej dominowały oceny dobre. W technikum szło mi jakoś lepiej i nawet załapałem się na świadectwo z czerwonym paskiem. Planowałem iść na studia na reżyserię dźwięku, żeby móc w przyszłości pracować w radiu. Niestety, nie udało mi się przejść testu muzycznego, ponieważ nie skończyłem szkoły muzycznej i nie znałem dobrze brzmienia poszczególnych instrumentów. Trzeba było odróżnić dla przykładu saksofon altowy od saksofonu tenorowego czy tam-tamy od tom-tomów. Należało też podać tytuł, kompozytora, gatunek i bodajże okres, z jakiego pochodzi prezentowany fragment muzyczny.
Na kierunek rezerwowy, czyli fizykę techniczną był konkurs świadectw i zabrakło mi dosłownie kilku punktów. Peszek. Po podniesieniu się z dołka byłem przez blisko rok klientem Powiatowego Urzędu Pracy. Tam też trafiłem na zajęcia Klubu Pracy, które obejmowały zagadnienia związane z asertywnością oraz aktywnym poszukaniem pracy. W trakcie tych spotkań wypełniłem test predyspozycji zawodowych Hollanda i okazało się, że bardziej pasują mi zawody społeczne i artystyczne. To też skłoniło mnie do podjęcia decyzji o studiowaniu pedagogiki. Wybrałem specjalność praca socjalna z resocjalizacją. Jak tylko zostałem zatrudniony, zapisałem się na studia w trybie popołudniowo-zaocznym na jednej z prywatnych uczelni. Pracę znalazłem w ochronie. Pierwszy miesiąc miał być na umowę zlecenie, następne trzy na umowę o pracę na okres próbny, a kolejne już na normalny etat. Po okresie próbnym, zamiast etatu, dostałem znów umowę śmieciową, ponieważ byłem już wtedy studentem i firmie się to bardziej opłacało. Praca jak praca. Ważne, że studia mogłem sobie opłacić sam. Natomiast w godzinach pracy mogłem się pouczyć, czy przygotować jakieś zadania na zajęcia. Najgorzej było łączyć studia, obowiązki zawodowe i praktyki. Na przykład znów trafiłem do Urzędu Pracy, ale tym razem w innym charakterze – to ja obsługiwałem poszukujących posady.
Czasami było tak, że rano jechałem na praktyki, następnie na zajęcia, a po nich do firmy na nockę i tak po dwa-trzy dni z rzędu. Później trafiał się dzień bez uczelni i mogłem zjeść w domu normalny obiad, innym razem miałem wolne w pracy i mogłem w końcu się wyspać. I tak w kółko, w sumie przez sześć tygodni. Było trudno, ale co tam, dałem radę. W końcu, myślałem, inwestuję w siebie.
Na studia magisterskie wybrałem ciekawą specjalność – edukacja medialna i technologie informacyjne. Tym razem tryb zaoczny weekendowy na UAM. Znów łączenie pracy ze studiami, a przez jakiś czas także z praktykami w radiu, a później ze stażem w dziale socjalnym miejskiego przewoźnika. Na koniec studiów niespodzianka. Promotor prawie na cały ostatni semestr wyjechał do USA i musieliśmy się zmagać z jego zastępczynią. Przed jego wyjazdem miałem gotową całą cześć teoretyczną pracy i zostało mi tylko przeprowadzić badania. Niestety, owa pani miała inną wizję mojej rozprawy, więc prawie całą musiałem przeredagować. Gdy wręczyłem jej wersję poprawioną, oskarżyła mnie o plagiat z: „komunistycznej pracy ciotki”, ponieważ w wyjaśnieniu słowa socjalizacja, za słownikiem języka polskiego, również wspomniałem o socjalizacji gospodarki. Z tego powodu promotor stracił do mnie zaufanie i kładł mi kłody pod nogi, gdy chciałem, już po jego powrocie, przeprowadzić badania. Przez całe to zamieszanie musiałem o miesiąc później niż reszta mojej grupy bronić się w dodatkowym terminie. Ale po trudach edukacji w końcu uzyskałem upragniony tytuł magistra.
Studia skończone, ale angażu w mediach, w branży edukacyjnej czy też w reklamie, czyli związanej z moim kierunkiem nie mogłem znaleźć. Z inną pracą też niełatwo. Więc kolejne dwa lata, po skończeniu studiów wciąż tkwiłem w ochronie.
W końcu coś się ruszyło i udało mi się dostać trochę lepszą posadę jako… elektryk. Mam etat, lepsze niż w ochronie pieniądze, ale musiałem ukryć to, iż posiadam wyższe wykształcenie. Pięć lat studiów, nieprzespane noce i kilkanaście tysięcy złotych polskich poszło na marne. Dodatkowo w ramach obowiązków muszę czasami kopać rowy. Śmiać się chce i płakać czasami, ale taka nasza polska rzeczywistość.
Ja jednak się nie poddaję. Wierzę w to, iż ta ironia losu kiedyś się skończy, że będę mógł być dumny z tego, iż skończyłem studia, i że przekonam się, iż warto w siebie inwestować. Cały czas szukam drogi, którą warto podążać. Ciekawym doświadczeniem może być praca jako dziennikarz. Dlatego nawiązałem kontakt z portalem e-magnes i piszę niniejszy artykuł.
Jeśli macie podobną sytuację, to pamiętajcie, że inni mają tak samo albo i gorzej. Popadanie w depresyjne nastroje nic nie da. Należy wziąć sprawy w swoje ręce i dążyć do celu, jakim jest wymarzona praca. Życzę powodzenia.
 
Michał Sobkowiak

Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.