Harvard Gowina. Jak minister-wizjoner chce importować do Polski studentów i naukowców

Resort nauki nie marnuje czasu: już w przyszłym roku ma powstać Narodowa Agencja Współpracy Akademickiej. – Będzie to instytucja, która wypracuje model stypendiów dla polskich studentów, doktorantów, naukowców, wyjeżdżających za granicę, a także system stypendialny dla studentów i naukowców przyjeżdżających do Polski – kwituje Jarosław Gowin. Głównym zadaniem NAWA ma być zatrzymanie naukowców w Polsce i przyciągnięcie tu zagranicznych talentów. W przewidywalnej perspektywie to jednak marzenie ściętej głowy.

Z diagnozą ministra Gowina trudno dyskutować. – Przez ponad dwieście lat to my byliśmy drenowani z najzdolniejszych, najbardziej kreatywnych umysłów – mówił szef resortu nauki w niedawnej rozmowie z PAP. – Pora najwyższa, żeby ten kierunek odwrócić: mam na myśli ściąganie do Polski nie tylko zdolnych doktorantów, doktorów, profesorów zza naszej wschodniej granicy. Stać nas już na to, żeby ściągać także młodych zdolnych naukowców z zachodu Europy, czy właściwie z całego świata – kwitował.

Gra toczy się o to, czy polska gospodarka będzie innowacyjna – przekonuje minister. Warunkiem osiągnięcia tego celu ma być oparcie się na „zasobach polskiej nauki”, jak można się domyślać, kadrowych. Poza NAWA czynnikiem decydującym miałaby być „nowa konstytucja” dla polskiej nauki, o której jednak środowisko będzie dyskutować długimi miesiącami – taka dyskusja ma się odbyć choćby podczas przyszłorocznego Kongresu Nauki. Problem w tym, że będzie to dyskusja kompletnie abstrakcyjna: rządowi w Warszawie – jakiemukolwiek – będzie bardzo trudno powstrzymać eksodus polskich naukowców.

 

Dumne 3 procent?...

Nikt nie ma wątpliwości, że idea przyświecająca planom ministra Jarosława Gowina jest chwalebna. – Polskie szkolnictwo wyższe i nauka są bardzo nisko umiędzynarodowione – mówi nam były minister nauki oraz były szef Polskiej Akademii Nauk, prof. Michał Kleiber. – Do niedawna odsetek zagranicznych studentów w Polsce nie przekraczał 1 procenta, dzisiaj z dumą podkreślamy, że osiągnęliśmy 3 procent – dodaje.

Około dwóch trzecich tej grupy zagranicznych studentów to chętni z Białorusi i Ukrainy. I z jednej strony, to świetnie, że Polska stanowi dla nich atrakcyjny magnes. Z drugiej jednak, jak podkreśla prof. Kleiber, to za mało: apetyty na zagranicznych naukowców są nad Wisłą znacznie większe. – Spędziłem kilkanaście lat życia, pracując w różnych krajach, w tym takich z naukowej i gospodarczej czołówki. Wpływ zagranicznych studentów w tych ostatnich jest niezwykle pozytywny. Ci ludzie stają się ambasadorami uczelni i kraju za granicami Polski – mówi były minister.

Kłopot w tym, że Polska przez wiele lat nie była dla cudzoziemców atrakcyjnym miejscem pracy. I dziś jest pod tym względem niewiele lepiej. – Teraz są u nas miejsca równie atrakcyjne, jak najlepsze europejskie uczelnie. Ale generalnie system wynagrodzeń oraz świadczenia socjalne są dalekie od tego, czego mogą oczekiwać zachodni naukowcy – twierdzi prof. Kleiber. Innymi słowy, dla Francuza czy Niemca polska emerytura jest dokładnym przeciwieństwem tego, czym jest niemiecka emerytura dla Polaka.

– Dzisiaj jest praktycznie nierealne, żeby do pracy w Polsce przyjechał jakiś noblista, czy ktoś o podobnych kwalifikacjach – podsumowuje były szef PAN. Nie chodzi zresztą wyłącznie o pieniądze. Zagranicznych naukowców może odstraszać konserwatyzm starej kadry akademickiej, brak infrastruktury naukowej, niewielkie środki na badania, niewielkie możliwości współpracy z biznesem. Do migrowania nad Wisłę nie zachęcają też notowania polskich uczelni.

 

Wysyłamy studentów tylko do najlepszych

Chodzi przede wszystkim o pozycję polskich uniwersytetów w rankingach takich, jak ranking szanghajski. W tegorocznym zestawieniu polskie uniwersytety wylądowały w ostatniej – piątej – setce. I choć metodologia tworzenia tego rankingu i kryteria, po jakie sięgają autorzy, bywają zbywane przez akademików wzruszeniem ramion i znaczącym milczeniem, to dla decydentów spoza środowiska akademickiego zestawienie to pozostaje wyznacznikiem. – Rozmawiałem np. z ministrem odpowiedzialnym za szkolnictwo wyższe w Chinach. Mówiłem mu, że chcielibyśmy mieć w Polsce jak najwięcej zdolnych chińskich studentów. Usłyszałem, że „owszem, jesteśmy w stanie oferować nawet stypendia, ale wysyłamy studentów wyłącznie na uczelnie, które są w pierwszej setce Rankingu Szanghajskiego” – wspomina prof. Kleiber.

Nasze utyskiwania zatem nikogo nie obejdą: pozycję w rankingach po prostu trzeba poprawić, jeżeli marzy nam się przyciąganie czołowych – czy przynajmniej obiecujących – naukowców. Nieco inaczej mają się sprawy w przypadku studentów: tu, paradoksalnie, niewielkie możliwości finansowe przekładają się na niewielkie wymogi finansowe. Dla studentów ze Wschodu Europy Polska może się jawić jako względnie łatwo – i tanio – dostępna alternatywa dla zachodnich placówek. Żaków z Zachodu przyciągnąć do Polski można ceną.

Jaką? To tłumaczył nam kilka miesięcy temu rzecznik prasowy Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, prof. dr hab. n. med. Marek Ruchała. – Jeśli chodzi o studia w języku angielskim, to na naszym wydziale lekarskim mamy w tej chwili 370 osób z zagranicy na studiach 6-letnich, 213 na 4-letnich i dodatkowo 192 na wydziale stomatologicznym – opowiadał. – Rocznie za naukę płacą oni pomiędzy 16 a 19 tysięcy dolarów – wyjaśniał.

– Nominalnie, dla osób z państw unijnych, studia w Polsce są darmowe. Nawet jeśli są płatne, nie są to sumy porównywalne z zachodnią ofertą – mówi z kolei prof. Kleiber. – Już to sprawia, że są atrakcyjne. Dlatego mamy wielu studentów ze Stanów Zjednoczonych i Skandynawii. Ale oni tu nie zostaną, zawodowo – nie będziemy mieli z tego korzyści – ucina.

 

Nie tylko fundusz

Jak podkreśla nasz rozmówca, stosunkowo łatwo można byłoby stworzyć fundusz stypendialny, który podwyższyłby odsetek cudzoziemskich studentów do np. 7 procent – wciąż daleko do takiej Wielkiej Brytanii (która co roku gości około 130 tysięcy nowych studentów spoza kraju), ale na poziomie Hiszpanii. Tyle że wraz z wydaniem dyplomu drzwi za zagranicznymi studentami zamykają się z trzaskiem.

– Żeby zatrzymać zagraniczne talenty, panu Gowinowi potrzebne będzie znacznie więcej niż jakiś fundusz – kwituje prof. Kleiber. – Atrakcyjność kraju to synergia rozmaitych działań: poza szkolnictwem, to wynik regulacji sprzyjających rozwijaniu innowacyjnych pasji, kultura szacunku dla kreatywności ludzkiej, wizerunek kraju sprzyjającego młodym zdolnym ludziom – wylicza. Granty? Walczą o nie nieliczni, choć po kilku latach bez prowadzenia własnych projektów badawczych naukowiec przestaje być „na bieżąco” i z perspektywy innych naukowców równie dobrze mógłby mieć zakaz wykładania.

Nie ma kraju na świecie, w którym naukowcy nie narzekaliby na swoje pobory: niemal wszędzie, również na Zachodzie, w laboratoriach akademickich zarabia się gorzej niż w przemysłowych. W Polsce jednak za rozwojem gospodarki nie następują wzrosty płac na uczelniach.

– W cywilizowanym świecie jest tak, że kto wygrywa konkurs, ten negocjuje warunki – dorzuca jeszcze były szef PAN. – To nie tylko pensja, ale i możliwości zatrudnienia swoich pracowników, dostęp do komputerów czy laboratorium. U nas wszystko z góry wiadomo: i dlatego wiele osób nie zadaje sobie nawet trudu, by spróbować swoich sił w konkursach – podsumowuje. Trudno sobie wyobrazić, by za rok, dwa, a nawet pięć było inaczej.

Źródło: http://innpoland.pl

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.