Własna firma przed studiami. Czemu nie?! – Historia Agaty.

eśli wydaje Ci się, że odpowiednia kolej rzeczy to: szkoła, studia, praca, koniecznie musisz poznać inspirującą historię Agaty. Nie wiem, jakich słów użyć, żeby opisać mój podziw. Bardzo, ale to bardzo zależy mi na tym, żebyście przeczytali poniższy tekst. Życie pisze najlepsze scenariusze. Pragnę przedstawić Wam nową serię na tym blogu, serię opowiadającą Wasze studenckie historie. Zaczniemy od opowieści Agaty, która niesamowicie pokazuje, jakie cuda może zdziałać upór w dążeniu do celu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Agata napotkała na przeszkody, które przez niektórych nazwane zostałyby czystą niesprawiedliwością, złośliwością losu. Ale ona je po prostu wykorzystała i nie poddała się. Nie chcę spoilerować, ale błagam Was, przeczytajcie w całości!

Cześć Ania, tak w ramach anonsu na grupie na temat pomaturalnego stresu pt. „Co ja mam teraz ze sobą zrobić?” mam swoją historię do opowiedzenia. Dosyć dramatyczna sprawa. Maturę pisałam w 2013 roku. Klasę maturalną rozpoczęłam z myślą, aby zdawać 3 przedmioty rozszerzone: angielski, historię i język polski. Początkowo bardzo chciałam dostać się na Uniwersytet Warszawski, na dziennikarstwo ze specjalizacją fotografia prasowa, reklamowa i wydawnicza. Do tego właśnie były potrzebne te trzy przedmioty rozszerzone – wiadomo, większe szanse, aby się dostać. Jednak tuż po podpisaniu ostatniej deklaracji trochę mi się odmieniło. Stwierdziłam, że super szanse mam, żeby dostać się na anglistykę, również na UW.

Nauka historii szła mi bardzo opornie – okazało się, że mam dosyć słabe notatki, ogrom nauki z angielskiego i dodatkowe korepetycje z matematyki (obowiązkowa matura) zupełnie zajmowały mój czas, więc filologia okazała się zbawieniem, zresztą nadal uważam, że to dobry kierunek, na pewno dający pole do pracy w wielu dziedzinach. Z pisania egzaminu z historii już nie mogłam zrezygnować, jednak przestałam się zupełnie uczyć. Nadeszły egzaminy. Matematyka poszła mi fantastycznie, polski podstawowy i rozszerzony wystarczająco dobrze – tak jak sobie założyłam. Nadszedł czas egzaminu rozszerzonego z angielskiego.

Pierwsza część tego egzaminu to samo pisanie. Byłam szczęśliwa, wszystko świetnie napisałam. Po przerwie, drugą część egzaminu rozpoczyna słuchanka. Jednak okazuje się, że na auli, gdzie pisałam ten egzamin, przestały działać głośniki. Słuchanie to duża część egzaminu – nigdy nie widziałam tylu załamanych twarzy. Wszyscy strzelaliśmy, bo nic nie dało się usłyszeć. W całym tym stresie ciężko było dalej rozwiązywać test. Po powrocie z egzaminu cały wieczór przepłakałam. Przez 3 lata nauki w liceum na korepetycje z angielskiego wydałam blisko 8000 złotych. Miałam napisać ten egzamin na 90-100%. Miałam dostać się na anglistykę.

 

Dyrektor nie chciał powtórzyć naszego egzaminu, jednak po wielkich prośbach jeszcze w czerwcu udało się napisać drugi egzamin. Na jedno w sumie wyszło. Z drugiego egzaminu, na którym już wszystko działało uzyskałam tylko 78%, a to zdecydowanie za mało, żeby się dostać. Koleżanka z 82%-ami nie dostala się. Po prostu egzamin był trudniejszy, ponowny stres bardzo źle zniosłam. Ktoś spyta: a co z alternatywą w postaci dziennikarstwa z fotografią? Otóż, tak jak już wspomniałam: kompletnie olałam ten przedmiot. Było mi cholernie źle, bo nie miałam żadnej alternatywy. Wiedziałam, że historii nie nauczę się w tydzień. Poszłam na egzamin i jedyne, co umiałam napisać to wypracowanie, bo tak się złożyło, że 3 miesiące wcześniej pisalam na ten sam temat pracę na zajęcia.

 

Z egzaminu z historii otrzymałam 24%. Chyba tylko za to wypracowanie. Śmiech na sali, ale czego oczekiwać – to trudny egzamin, oparty na konkretnej wiedzy, której ja nie miałam. Ani anglistyka, ani dziennikarstwo. Byłam zdołowana. Żałowałam najbardziej tego, że nie przyłożyłam się do historii, żeby móc studiować chociaż to dziennikarstwo z fotografią. Po niedługim namyśle stwierdziłam, że nie mogę siedzieć bezczynnie cały rok. Nie złożyłam nigdzie papierów na studia, ale w tym samym momencie, w którym koledzy i koleżanki dostawali się na najlepsze kierunki, ja pojechałam na rekrutację do Akademii Fotografii w Warszawie – najlepsza niepubliczna szkoła fotografii w Polsce.

 

Dostałam się. Kosztowało mnie to 6000 złotych, roczne studium, które było fantastyczną przygodą, wspaniałą lekcją fotografii z praktycznym podejściem. Nauczyłam się pracować w studio. Po studium zaczęłam brać pieniądze za sesje zdjęciowe. Pewnego dnia, brat mojego chłopaka polecił mnie swojemu prezesowi. Miałam dawać mu korepetycje z fotografii. Poznałam Krzysztofa – prezesa jednej z większych firm transportowych. To był marzec 2014 roku. Ja u progu końca Akademii Fotografii, postanowiłam, że zawalczę o spełnienie marzeń o studiach wyższych na UW. Podjęłam decyzję, że w 2015 roku napiszę ponownie maturę. Znów historię, ale na nowo geografię – oba przedmioty rozszerzone. Powiedziałam to Krzysiowi. Korepetycji z fotografii udzielałam kilka miesięcy, a gdzieś w okolicach września/października Krzysztof podsunął mi pomysł na własną działalność gospodarczą. Chodziło konkretnie o usługi fotograficzne dla innych biznesów: portrety korporacyjne, packshoty, obsługa imprez firmowych. To mnie zmusiło do działania.

 

Działalność chciałam otworzyć jak najszybciej! Już w styczniu 2015 roku poszłam zarejestrować się do Urzędu Pracy, aby móc starać się o dofinansowanie. W kwietniu ogłoszono konkurs. Zgłosiłam biznesplan, nad którym pracowałam dwa miesiące. W czerwcu 2015 roku dostałam decyzję o przyznaniu dofinansowania, a w sierpniu 2015 roku otworzyłam swoją działalność. W międzyczasie napisałam świetnie maturę i dostałam się na Uniwersytet Warszawski na to wymarzone dziennikarstwo z fotografią, żeby móc się dalej rozwijać i mieć potem papierek.

 

Dziś jest 8 sierpnia 2016 roku. Prowadzę działalność gospodarczą już rok i tydzień. W nadchodzącym kwartale wystawię fakturę na co najmniej 10 tys. złotych. Zaliczyłam bez problemów pierwszy rok cudownych studiów, zwolniono mnie z 4 egzaminów oraz zaproszono do Laboratorium Badań Medioznawczych przy UW, co daje możliwość pracy w mediach i przy mediach. Wszystko dzieje się po coś. Po coś się zepsuły te głośniki na tym angielskim. Prawdopodobnie po to, żeby móc skończyć Akademię, dostać 21 tys. dofinansowania, założyć firmę, dostać się na studia, robić ciekawe zlecenia i dalej się rozwijać, w czymś, co kocham. A byłam bardzo, ale to bardzo załamana – głównie ze względu na to, że zawsze mi się w życiu udawało, że byłam jedną z lepszych uczennic w klasie i było mi tak cholernie przykro.

Agata Matulka

Dla zainteresowanych: Fotografia dla Biznesu to strona działalności Agaty.
To co teoretycznie wydaje się istną tragedią, może stać się błogosławieństwem. Wszystko zależy od tego, jak my wykorzystamy nadarzającą się sytuację. Czy potraktujemy ją jak tragedię, czy jak okazję, idąc za śladem Agaty. Nie wszyscy postąpiliby w tym momencie jak ona. Byłoby narzekanie i użalanie się nad własnym losem. Ta historia pokazuje, że wszystko zależy od nas samych! Autorka dzisiejszej opowieści odezwała się do mnie dzięki Studenckiej Grupie Wsparcia. Już mówiłam, że jej założenie, to jedna z moich najlepszych decyzji w tym roku. Dziewczyny znowu zainspirowały mnie do zrobienia czegoś nowego na blogu, do wprowadzenia tej serii. Dziękuję dziewczyny! Dziękuję Agacie!
Źródło: http://blue-kangaroo.pl/

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.