Studencie, kliencie…

Czasy, gdy studia były dostępne tylko dla wybrańców, dla najlepszych, najbardziej rokujących, minęły bezpowrotnie. Niegdyś tytuł magistra stanowił nobilitację dla posiadacza dyplomu. Aby otrzymać indeks i dostać się na upragniony kierunek, trzeba było pokornie udać się na egzaminy wstępne, które decydowały o „być albo nie być” potencjalnego żaka.
 
O znaczeniu tego rytuału przejścia świadczy chociażby pierwsza scena popularnej komedii Romana Załuskiego „Kogel-mogel” (1988 r.). Grana przez Grażynę Błęcką-Kolską Kasia mdleje na korytarzu Uniwersytetu Warszawskiego tuż po rozmowie kwalifikacyjnej na wymarzoną pedagogikę. Dziś przyszli kandydaci na magistrów nie są narażeni na takie przygody.
 Proces rekrutacyjny opiera się bowiem na wynikach egzaminu maturalnego, którego żałośnie niski poziom woła o pomstę do nieba. W wyniku takiej a nie innej procedury studentami zostają niejednokrotnie osoby, których możliwości intelektualne są niewystarczające, by sprostać wymaganiom danego kierunku.
 
W ostatnich latach wykształciła się niepokojąca praktyka przyjmowania absolwentów szkół średnich tzw. hurtem. Nie sprzyja to bynajmniej podnoszeniu jakości kształcenia na polskich uczelniach, wręcz przeciwnie – spada ona na łeb, na szyję.  Co więcej nowe pokolenie studentów, przyzwyczajone do głaskania po głowie w gimnazjalnych i licealnych ławkach, odznacza się biernością w zdobywaniu wiedzy, brakiem chęci podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy.
 
Wykładowcy nie bez racji wypominają im lenistwo, arogancję oraz brak szacunku. Narzekają, ale jednocześnie niewiele robią, by coś zmienić. W wielu wypadkach mają związane ręce. Ich bezradność wzrasta, kiedy muszą zmienić zakres oczekiwań, ponieważ grupa nie nadąża za materiałem. Dlaczego tak się dzieje? Chodzi, rzecz jasna, o pieniądze, a konkretnie o ministerialne subwencje od każdego studenta. Uczelnie, zarówno prywatne, jak i publiczne, stopniowo obniżają poziom nauczania z powodu obawy przed utratą żaka czy mniejszego zainteresowania ich propozycją. W efekcie kształcą matematyków, którzy nie potrafią liczyć, specjalistów z dziedziny marketingu, dla których strategie sprzedaży to czarna magia i językoznawców mających problemy z odmianą rzeczowników przez przypadki.
 
W końcu ktoś postanowił powiedzieć „stop”. I zapłacił za to wysoką cenę. Mowa o Wojciechu Wyszogrodzkim, byłym już wykładowcy italianistyki na gorzowskiej Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej. Jego historię opisała „Gazeta Wyborcza”. Stracił stanowisko z powodu migającej się od swoich obowiązków studentki. Karolina bezskutecznie próbowała zaliczyć język włoski. Problem polegał na tym, że nie posiadała wystarczającej wiedzy, by owe zaliczenie uzyskać. Mało tego, ostentacyjnie korzystała z niedozwolonych materiałów pomocniczych, czyli powszechnych wśród studentów ściąg. Upominana przez Wyszogrodzkiego, niewiele robiła sobie z jego uwag. Ostatecznie studentka nie uzyskała wymaganych 60 proc. punktów. Zaliczenie warunkowe również oblała, mimo że zadania pochodziły z wcześniejszych sprawdzianów.
 
Postępując zgodnie z procedurami, Wyszogrodzki zamieścił w protokole informację o braku zaliczenia dla dziewczyny. Władze szkoły zamiast skreślić Karolinę z listy studentów, zorganizowały na jej prośbę egzamin komisyjny. Tego rodzaju zaliczenie można przeprowadzić tylko w uzasadnionych przypadkach i tylko wtedy, gdy student złoży stosowny wniosek najdalej tydzień po oblaniu egzaminu. Karolina nie dość, że spóźniła się kilka tygodni, to usprawiedliwiała się… hałasem za oknem, przeziębieniem oraz wynikającym z niego złym samopoczuciem.
 
Zaliczenie komisyjne wbrew obowiązującym przepisom odbyło się pod nieobecność prowadzącego zajęcia – Wyszogrodzki przebywał wówczas na szkoleniu w Walencji.
Organizatorka „komisu”, dr Dorota Skrocka, dyrektorka instytutu humanistycznego PWSZ (od początku broniła Karoliny) nie ma sobie nic do zarzucenia. Nie pomogła skarga do rektora, w której italianista podkreślał, że w komisji nie było żadnego wykładowcy języka włoskiego (zasiadający w niej ks. prof. Paweł Prufer jedynie studiował we Włoszech).
 
Na początku lipca Wyszogrodzki otrzymał pocztą wypowiedzenie. Oficjalny powód: spadek liczby studentów zainteresowanych zgłębianiem języka włoskiego. W takim razie ciekawe dlaczego na jego miejsce zatrudniono magister pedagogiki, byłą studentkę Wyszogrodzkiego, posiadającą licencjat z włoskiego. Prośba o zbadanie całej sprawy, skierowana do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, spotkała się z godną pożałowania odpowiedzią: resort nie zamierza wnikać w skład komisji.
 
Szkoła osiągnęła swój cel: zatrzymała obijającą się, lecz „cenną” studentkę” i pozbyła się nadgorliwego, domagającego się sprawiedliwości i zadającego niewygodne pytania wykładowcy.
 
W obliczu wiszącego nad uczelniami niżu demograficznego, trzeba walczyć o każdego studenta – tak władze szkół wyższych, oczywiście off the record, tłumaczą stosowaną od lat strategię pozyskiwania i hodowania pseudointelektualistów. Taktyka ta nie pozostaje bez wpływu na coraz częściej objawiającą się postawę roszczeniową ze strony żaków.
 
Często w sposób bezczelny domagają się zaliczenia, nie mając do tego jakichkolwiek podstaw. Dotyczy to zwłaszcza studentów szkół prywatnych i uczących się w trybie zaocznym. Wychodzą z założenia, że skoro płacą za semestr grube tysiące, otrzymanie pozytywnego wpisu w indeksie to wyłącznie formalność. Jakież było zdziwienie profesora Edmunda Wnuka-Lipińskiego z warszawskiego Collegium Civitas, gdy usłyszał od młodego człowieka: „Jak to niedostateczne? Ja płacę i wymagam.”. Przytoczona na łamach najnowszego „Newsweeka” historia jest jedną z wielu. Głośno było ostatnio również o studencie Politechniki Lubelskiej, który w mailu do „Gazety Wyborczej” wyraził swoje oburzenie z powodu procedury przeprowadzania obrony pracy magisterskiej. Skarżył się na przykład na konieczność udzielenia odpowiedzi na trzy losowo wybrane pytania. Czytelnicy wyśmiali delikwenta, nie pozostawiając na nim suchej nitki.
 
Studia na uczelniach prywatnych głownie PWSZ  - obecnie nie znaczą prawie nic. Uzyskany najmniejszym nakładem sił dyplom przypomina kupiony na bazarze bezwartościowy bibelot. Podobną opinie mają potencjalni pracodawcy. Postawa roszczeniowa studentów wynika między innymi ze zwiększającej się świadomości konsumenckiej. Są klientami, którzy oczekują wysokiej jakości produktu w postaci „zaliczenia” kolejnych semestrów. Produkt finalny, czyli wypuszczony na szerokie wody rodzimego rynku pracy magister do spożycia nie za bardzo się nadaje – bo kto będzie konsumował surowe mięso zamawiając kotleta.
 
Marta Cebera
 Na podstawie źródła:
http://wyborcza.pl/1,87648,14664982,Student_nasz_pan.html?as=1
http://student.onet.pl/studiuj-z-glowa/student-jak-pies,1,5578926,artykul.html
 
 
 
 

Komentarze

Wysłane przez Geograful (niezweryfikowany) w
Z jednej strony ważne aby trzymać poziom. Z drugiej jednak trzeba gruntownie przyjrzeć się sposobom edukacji w Polsce. Wprowadzić bardziej wyśrubowane wymagania z przedmiotów istotnych natomiast mało istotne można by zredukować. Przy czym pierwszy proces powinien być ważniejszy i realizowany bardziej intensywnie.

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.